Aivaras Veiknys: poeta jest narzędziem języka

aivaras_veiknys

Jeżeli autor ma talent i poezja sama go wybrała, to wcześniej czy później znajdzie swoją drogę – przekonuje Aivaras Veiknys, litewski poeta dwukrotnie nagrodzony na Litewskim Festiwalu Poezji „Poezijos Pavasaris” jako objawienie poetyckie. W rozmowie z Aną Matusevič poeta opowiada o podejściu Litwinów do poezji, spuściźnie radzieckiej i zawodności ludzkiej pamięci.

W dzisiejszym zabieganym świecie coraz mniej czasu przeznaczamy dla siebie, a tym samym znika chęć sięgania po poezję, wsłuchiwania się w swoje myśli. Litwini czytają wiersze?

Nasze myśli nie znikają, bez względu na to, jak bardzo intensywne życie prowadzimy. Są jednym z podstawowych elementów, które czynią nas ludźmi. Gdyby nie one, czym byśmy się różnili od pasącego się w polu stada owiec? Oczywiście, nie mogę mówić w imieniu wszystkich, ale czymkolwiek się zajmujemy, bezustannie myślimy. Myślimy w domu w trakcie obierania ziemniaków. Myślimy w sklepie, stojąc w kolejce. Myślimy podczas wykonywania zaprawy na budowie. Sny, które mamy, również są swoistym wyrazem naszych myśli. Różnimy się między sobą może tylko tym, że myśli niektórych krążą wokół codzienności, innych natomiast kierują się ku światu duchowemu i rzeczom, które nie mają wartości materialnej. Mówiąc inaczej, są rzemieślnicy i artyści, budowniczy i architekci, malarze pokojowi i mistrzowie pędzla. Szanuję wszystkich, ponieważ wszyscy są potrzebni, aby świat nie runął.

Zawsze, nawet w latach okupacji, poezję czytała tylko nieduża część społeczeństwa. Dlatego dzisiaj, gdy nie jest już ona jedynym sposobem na wyrażenie prawdy, gdy każdy może mówić, co myśli, bez żadnych ograniczeń, należy się cieszyć, że na wieczór poetycki przychodzi pięćdziesiąt lub sto osób. To bardzo dużo. Z drugiej strony zacząłbym się martwić o świat, gdyby poezją, w ogóle literaturą, zainteresowali się wszyscy bez wyjątku. Przecież wnętrze nie istnieje bez zewnętrza – jakość staje się bardziej wyrazista na tle niejakościowej masy. Chyba po to też wydawane są kolorowe pisma, a w radiu non stop lecą banalne piosenki. Zgadzam się z Josifem Brodskim, który mówił, że nie język jest narzędziem, lecz to poeta jest narzędziem języka. Uważam, że język z czasem sam wybiera zarówno swojego pisarza, jak i czytelnika. Tak jak każda inna sztuka, literatura pod tym względem jest bardzo wybredna.

Jeżeli autor ma talent i poezja sama go wybrała, to wcześniej czy później znajdzie swoją drogę.

Dlatego gdybyście zapytali, czy choć jedna osoba na sto czyta poezję, odpowiedziałbym, że tak. Ja czytam, choć mój brat i wielu innych moich krewnych tego nie robi. Mój kolega czyta, choć jego siostra i wielu jego krewnych nie. Ale czy z tego powodu jest mi smutno? Zdecydowanie nie.

aivaras_veiknys_2

Organizował Pan festiwal młodych pisarzy w Wilnie. Czy jest na nim miejsce dla poezji? Trudno młodym ludziom utorować sobie drogę do pierwszego wydanego tomiku?

Ustąpiłem miejsca młodszym kolegom, którzy mają niespożytą energię, choć oczywiście śledzę inicjatywę. W tym roku na przykład przeglądałem najnowszą publikację festiwalu. Niektóre z nazwisk mnie ucieszyły, inne zawiodły – to naturalne. Poezja, obok prozy, zajmuje na tym festiwalu najważniejsze miejsce, gdyby było inaczej, jaki miałoby to sens?

Zadebiutować młodemu litewskiemu poecie jest trudno. Większość wydawców interesuje tylko zysk finansowy, dlatego niechętnie ryzykują i wydają książki nieznanych autorów. Nawet te dobre. Kolorowe magazyny, jak już wspomniałem, w tym wypadku są bardziej opłacalne.

Z drugiej strony, jeżeli autor ma talent i poezja sama go wybrała, to wcześniej czy później znajdzie swoją drogę. Tym bardziej że na Litwie organizowane są konkursy na pierwszą książkę, nie brakuje wieczorów poświęconych młodym poetom. Trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość i wierzyć w to, co się robi (nie mówię tu o grafomanach, bo ich wiara w siebie oparta jest na nieoczytaniu i braku smaku). Sam w to wierzę, bo gdyby było inaczej, znaleziono by mojego trupa w jakiejś ciemnej piwnicy lub w lesie.

Czy można wyróżnić tematy, które obecnie najbardziej zajmują umysły młodych twórców? Czy w ogóle możemy mówić o „młodej litewskiej poezji” jako o osobnym zjawisku?

Myślę, że tematy były, są i zawsze będą takie same, niezależnie od wieku i płci: życie, miłość, śmierć. Mówiąc o młodych (urodzonych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, tych, którzy już wydali dwa lub trzy tomiki) litewskich poetach, muszę przyznać, że smuci mnie bardzo, że oni/my powoli oddalamy się od klasycznej formy, poszukujemy swojego głosu kosztem tradycji, wstydzimy się takich autorów, jak Maironis, Justinas Marcinkevičius czy liryczna Salomėja Nėris. Krótko mówiąc, nie rozumiemy, że nowe to odnowione stare. Dlatego czytając współczesną poezję, dostrzegam dwie rzeczy: albo gdzieś się gubi wewnętrzny rytm, a bez melodyjności poezja staje się zbyt podobna do prozy, albo poezja brzmi pięknie, lecz poza zawiłą metaforą nie ma w niej nic więcej.

Kolejnym dużym problemem literatury litewskiej jest krytyka. Zupełnie niedawno rozmawiałem z litewskim poetą Dainiusem Gintalasem, który tłumaczył mi, że istnieją dwa rodzaje krytyków – ogrodnicy, którzy bezlitośnie wyrywają chwasty, ale z dużą miłością dbają o delikatne kwiaty, i kosiarze, którzy koszą wszystko bez wyjątku. Gdy odeszła stara gwardia ogrodników, pozostali młodzi kosiarze. Czytając ich recenzje, często pytam: gdzie się podziała miłość do języka i szacunek do autora? Tego zwyczajnie nie ma.

Czytając Pana wiersze, nie mogę nie zwrócić uwagi na fakt, że w wielu z nich podmiot liryczny (Pan?) wraca do czasów dzieciństwa. Te obrazy przeszłości nie zawsze są przyjemne. Ale konfrontacja dodaje sił, działa jak swoista psychoterapia. Ile jest prawdziwego Aivarasa Veiknysa w tych wierszach?

Opowiem historię, która przekonała mnie ostatecznie, że na pamięci nie można polegać. Podczas czerwcowego festiwalu Noce Kultury razem z kilkoma innymi poetami zostałem zaproszony na czytanie poezji. Wieczorek odbywał się pod gołym niebem, słuchacze mogli przysiąść przy ustawionych dla nich stolikach. Po tygodniu od spotkania napisałem sonet, w którym wspominam o stolikach, przykrytych obrusami w kratę. Byłem w stu procentach pewien, że były w kratę. Później, gdy zacząłem przeglądać zdjęcia, zobaczyłem, że obrusy były w kwiaty. Pamięć mnie oszukała. A może zwyciężyła wyobraźnia.

Dzieciństwo mnie nie rozpieszczało, ale dzisiaj nie narzekam i nikogo nie obwiniam. Po prostu staram się być lepszym ojcem dla moich pięcioletnich bliźniaczek, niż moi rodzice byli dla mnie. Moje dzieci przynajmniej nigdy nie widziały mnie pijanego. Pozwalam sobie upijać się jedynie na festiwalach, na których moja rodzina, na szczęście, nie bywa i mnie nie kontroluje. Ale chyba oddaliłem się od tematu.

Doskonale pamiętam, jak w dzieciństwie wyłączono nam gaz i elektryczność z powodu nieopłaconych rachunków i po zmroku, jesienią i zimą, paliliśmy w domu znicze. Jednak coraz bardziej zaczynam dzisiaj wątpić, czy na pewno sam chodziłem na cmentarz kraść te znicze. Możliwe, że to tylko moja wyobraźnia, sen czy jeszcze coś innego, a nie prawdziwe zdarzenie, które opisałem w wierszu Velnio pilstymai. Dlatego trudno mi powiedzieć, ile jest masek, a ile prawdziwego Aivarasa Veiknysa w mojej twórczości.

Czasy sowieckie odchodzą w zapomnienie, a Pan jest chyba zbyt młody, żeby pamiętać ten okres. W wierszu Miasto mojego dzieciństwa (Vaikystės miestas) czytam jednak o szarych blokowiskach, bułkach po trzy kopiejki, ulicy Przyjaźni…

Może to zabrzmi strasznie, ale ostatnie lata sowieckiej okupacji wspominam jako jeden z najlepszych okresów mojego życia. Byłem wtedy już wystarczająco dużym dzieckiem, żeby zachwycić się i kolorowymi pochodami, i jadącymi w paradzie czołgami, ale jeszcze zbyt mały, żeby rozumieć, że żyję w niewoli. Moi rodzice wtedy jeszcze nie pili, pracowali, dlatego nie brakowało mi ani bułek, ani kiełbasy, ani kawałka chleba z masłem, posypanego cukrem lub drobno siekaną cebulą. Czy dziecko potrzebuje czegoś więcej? Poza tym, gdyby nie elektryfikacja kraju w czasach ZSRR, moi dziadkowie nigdy by nie sprzedali swojego domu w Karelii i nie przyjechali do Litwy. Nie byłoby więc i mnie.

Z drugiej strony, gdyby dzisiaj czołgi Putina przekroczyły litewską granicę, bez wahania poszedłbym bronić swojej rodziny i swojego kraju.

Mówiąc o dzisiejszych czasach i spuściźnie sowieckiej – sam doskonale rozumiem i dosyć dobrze mówię po rosyjsku, ale nie znam zbyt dobrze angielskiego. Tego nie powiemy już o pokoleniu, które urodziło się w wolnej Litwie. Z drugiej strony, mojemu narodowi wciąż brakuje odwagi do podejmowania własnych inicjatyw, nie pozbyliśmy się jeszcze przekonania, że ktoś kontroluje nasze życie. Przykładem tej spuścizny jest też kilkadziesiąt lat temu zbudowane, a dzisiaj zupełnie opuszczone wesołe miasteczko w Elektrenach. Wygląda jak Prypeć. Myślę jednak, że wszystko idzie w dobrą stronę, powoli uwalniamy się od duchów przeszłości.


Ana Matusevič – absolwentka filologii rosyjskiej. Wilnianka z pochodzenia, gdynianka z wyboru, blogerka z pasji. Pracowniczka Instytutu Kultury Miejskiej.