Wolność to nie ucieczka. Rozmowa z Barbarą Kallą

Adam Pluszka: Menno Wigman wydał sporo książek i dostał sporo nagród. Od dawna śledzi pani jego twórczość?

Barbara Kalla: Menno został zaproszony na Festiwal Poezji w Lublinie (2012), a mnie poproszono o przekład kilku jego wierszy. W tamtym czasie mniej więcej rozpoczęliśmy współpracę tłumaczeniową z Adamem Wiedemannem, więc od razu umówiliśmy się na ten przekład. Potem zaprosiliśmy Menna na organizowany we Wrocławiu Festiwal Kultury Holenderskiej i Flamandzkiej (2013) i na ten festiwal przełożyliśmy znów kilka jego wierszy. Niektóre z tych przekładów ukazały się w „Akcencie”, „Blizie” i innych czasopismach. Nie znałam wcześniej jego twórczości, a zetknięcie z nią było przeżyciem „de-lirycznym”. Z jednej strony było tak, jakbym czytała wiersze poetów dwudziestolecia międzywojennego, czyli takie, które przeciętny czytelnik uważa za „poezję”: rymy, metrum, czytelna treść, melancholia. A z drugiej strony to były wiersze o tym, co tu i teraz. O uniwersaliach. O człowieku. O mnie też.

A.P.: Co pani lubi w jego poezji?

B.K.: Lubię bezpośredniość, bezpretensjonalność i to poczucie, że to, o czym czytam, jest „naprawdę”. I do tego ta „współcześnie klasyczna” forma: niby rymy, niby metrum, niby sonet, ale jednak coś jest nie tak. Nie ma tej perfekcji, i dobrze, bo nie pasowałaby do naszych czasów.

A.P.: Przed kilku laty pełnił funkcję Poety Miejskiego Amsterdamu. Co to jest?

B.K.: W skrócie: Urząd Miasta zatrudnia poetę. Za swoją pracę poeta dostaje roczne wynagrodzenie, którego wysokość zależy od konkretnego miasta – bo poeci miejscy, a nawet wiejscy, to zjawisko dość powszechne w Holandii (a także w niderlandzkojęzycznej Flandrii), służące promocji miasta. W ramach tej funkcji poeta pisze przez określony czas, najczęściej są to dwa lata, wiersze nawiązujące do wydarzeń dotyczących miasta i jego mieszkańców. Nie zawsze są to jakieś spektakularne sprawy. Czasami miasto nimi żyje, niektóre z nich pojawiają się w lokalnych wiadomościach, a niekiedy poeta chce zwrócić uwagę na jakiś problem, który do tej pory nie był zauważony.
Wiersze Wigmana jako poety miejskiego dotyczyły na przykład pięciolecia powstania Centralnej Biblioteki (Centrale Bibliotheek), odrestaurowanego nagrobka młodo zmarłego dziewiętnastowiecznego poety Jacquesa Perka, 400-lecia amsterdamskich grachtów. Napisał też wiersz-odezwę do kieszonkowców grasujących w tramwaju linii 5 i wiersz na Nowy Rok. Jednym z moich ulubionych jest wiersz o młodym topielcu, którego ciało policja wyciągnęła z grachtu. Okazuje się, że policja w takich razach sprawdza, czy delikwent miał otwarty rozporek. Jeśli tak, to jest prawie pewność, że takie utonięcie było związane z utratą równowagi podczas sikania do grachtu po pijanemu. Takich topielców jest w Amsterdamie co roku kilkunastu, o czym wielu amsterdamczyków (i nie tylko) dowiedziało się za pośrednictwem wiersza Wigmana.

A.P.: W tomiku znajdują się trzy wiersze napisane dla osób samotnie zmarłych. To także część szerszego zjawiska?

B.K.: Tak, rzeczywiście, to jest szersze zjawisko. W Holandii i we Flandrii wielu poetów uczestniczy w takich pogrzebach, a wszystko jest koordynowane przez fundację „De eenzame uitvaart”. Poeci niderlandzcy często angażują się w sprawy społeczne. W 2002 roku poeta Bart FM Droog, obejmując urząd poety miejskiego Groningen postanowił, że będzie przychodził na samotne pogrzeby, pisząc uprzednio wiersz dla zmarłego. Ideę podchwycił inny poeta – F. Starik i założył wspomnianą fundację, skupiającą obecnie dziesiątki poetek i poetów z Holandii i Flandrii. „De eenzame uitvaart” znaczy po niderlandzku „samotny pogrzeb”. Pod tym pojęciem rozumie się taki pochówek, w którym nie uczestniczy nikt prócz czterech tragarzy oraz jednego lub dwóch pracowników z urzędu miasta. W samym Amsterdamie odbywa się przynajmniej piętnaście samotnych pogrzebów rocznie: zapomniani staruszkowie, samobójcy, nielegalni imigranci, starzy narkomani, włóczędzy, notoryczni alkoholicy, bezdomni, niezidentyfikowane ofiary przestępstw. Znajdowani na ulicy lub w domu, zazwyczaj po interwencji sąsiadów z powodu fetoru, albo wyławiani z grachtu. W skali obu krajów niderlandzkiego obszaru językowego liczba samotnych pogrzebów idzie w setki.
Gdy do fundacji dociera z Urzędu Miasta wieść o kolejnym samotnym pogrzebie, koordynator nawiązuje kontakt z poetami i umawia tego, kto akurat ma czas. Za swoją pracę poeta otrzymuje wynagrodzenie. Ideą fundacji nie jest bowiem żebranie o sklecenie naprędce kilku linijek. Poeta ma napisać wiersz, na pogrzebie ma wybrzmieć poezja. W szeregach fundacji są laureaci najważniejszych nagród poetyckich niderlandzkiego obszaru językowego (Judith Herzberg, Eva Gerlach), ulubieńcy czytelników (Neeltje Maria Min, Menno Wigman) i oczywiście także mniej znani poeci.
Zadanie dyżurnego poety (dichter van dienst) jest tyleż abstrakcyjne co delikatne. W towarzystwie tragarzy i pracowników socjalnych odczytuje on w pustkę poetyckie pożegnanie zmarłego, którego nigdy nie spotkał. Na napisanie wiersza ma kilka dni dzielących moment znalezienia ciała od pogrzebu oraz skromne dane o zmarłym: czasem tylko imię i nazwisko, niejednokrotnie nawet tego nie wiadomo; informacje o znalezionych przy nim przedmiotach, o tym, jak umarł, czy był samotny. A nie zawsze był. Czasami zmarli mieli rodziny, wcale niemałe. W jednym ze zbiorów wierszy funeralnych, zatytułowanym Schetsen van verloren levens [Szkice o straconych życiach], F. Starik pisze o kobiecie, która miała jedenaścioro dzieci i żadne z nich, mimo powiadomienia o śmierci, nie przyszło na jej pogrzeb; wspomina też czterokrotnie żonatego mężczyznę, w sumie z pięciorgiem dzieci – wszystkie wdzięczne matkom, że izolowały je od ojca.
Poeta nie ocenia, nie feruje wyroków, nikomu nie współczuje, bo samotność może być też świadomym wyborem. Nie wie, kogo odprowadza w ostatnią drogę. Nie odgrywa teatrzyku – pomimo sporego zainteresowania mediów istnieje zakaz rejestrowania samotnych pogrzebów w jakiejkolwiek formie. Na stronie internetowej fundacji oraz w publikacjach książkowych wszystkie nazwiska samotnie zmarłych są fikcyjne, ze względu na ochronę danych osobowych: umowa społeczna sprawiła, że ci ludzie nawet po śmierci nie mają prawa istnienia. To paradoks projektu „samotny pogrzeb”. Jedyne, co się więc naprawdę liczy w tej poetyckiej misji, to szacunek dla życia i przekonanie, że każdy człowiek wart jest chwili refleksji. To wszystko są sprawy istotne także w innych wierszach Menno Wigmana.

A.P.: W 2005 roku przebywał na terenie zakładu psychiatrycznego, angażując pensjonariuszy w tworzenie poezji. Jak pani zdaniem Wigman rozumie rolę poety i poezji?

B.K.: Jak powiedziałam, holenderscy poeci angażują się w różne społeczne sprawy i projekty, szczególnie te dotyczące grup spoza nawiasu społeczeństwa. Wigman prowadził także warsztaty poetyckie w więzieniu. Eksploruje w ten sposób obszary dla poezji nieodkryte, ale wiąże się to również z przekonaniem, że pisanie poezji to nie jest jakaś wiedza tajemna. Na przykład wiersz Wypychacz zwierząt łączy temat śmierci z poetycką metarefleksją. Pisząc o śmierci, poeta wystawia ją na pokaz, tak jak to robi wypychacz zwierząt. Nie widzi siebie przy tym jako geniusza, a raczej rzemieślnika, który „posłusznie sobie imituje” i „całymi dniami duma nad najlepszą pozą”. Jednocześnie Menno wierzy, że poezja jest w każdym człowieku, dlatego na przykład zorganizował konkurs poetycki w więzieniu.
W kilku wierszach z przetłumaczonego przez nas zbioru problematyzowana jest współczesna rola słowa, literatury, poezji i poety (prognoza „końca książki”). Wraz z wyszukaną formą utworów i zakresem poruszanych tematów sytuuje to Wigmana w tradycji romantycznej. Od francuskich poetów początku XX wieku różni go jednak empatyczny ton. Nie rości on sobie bynajmniej pretensji do roli wieszcza czy przewodnika, nie moralizuje. Przeciwnie, ma ironiczny dystans do siebie i przekonanie, że jest jednym z wielu. Pisanie uświadamia mu zaś własne uwikłania. We wszystkich wierszach ja liryczne i głos poety są silnie obecne. Z jednej strony pozwala to czytelnikowi na identyfikowanie się, a z drugiej – na rozpoznanie uniwersalizmu przedstawionej problematyki.

A.P.: Na imię mi Legion, wydany w 2012 roku, w ciągu miesiąca czterokrotnie dodrukowywano. Często się to zdarza w Holandii?

B.K.: Raczej rzadko. Regularnie wznawiani są poeci, którzy się już sprawdzili przez dziesięciolecia, ale dodrukowywanie współcześnie wydawanych, nowych tomików zdarza się sporadycznie. Recenzenci poszczególnych zbiorów wierszy Wigmana byli zgodni, że zajmuje on wśród innych poetów szczególne miejsce, ponieważ trafnie oddaje kondycję współczesnego człowieka za pomocą uniwersalnych pojęć i rozpoznawalnych obrazów. Również tradycyjna forma jego wierszy i ich przystępność, pomimo często melancholijnego czy wręcz przygnębiającego tonu, mają wpływ na korzystną recepcję.

A.P.: Jakie tematy porusza Wigman w Na imię mi Legion?

B.K.: Bardzo osobistą w tonie poezję Wigmana holenderscy recenzenci określali jednocześnie mianem portretu pokolenia. Wiersze z pierwszej części mówią o początku końca. Zaczyna się nowe tysiąclecie (wiersz Dwatysiącektóryśtam), ale jednocześnie kończy się wiek książki (Pogrzeb książki). Na poziomie bardziej indywidualnym jest mowa o chorobie i zbliżającej się śmierci matki (Pokój 421) oraz o młodości, która nieodwołalnie przeminęła (Brzydcy jesteśmy). To wszystko idzie w parze z poetyckim impasem: „No przyznaj, coraz oporniej składa ci się słowa”, mówi poeta w wierszu Litość dla czytelnika. Czytelnik też ma dość: „Książka? Od deski do deski? Brak mi sił.”
Druga część rozgrywa się na przedmieściach, w zabitych dechami wsiach i małych miasteczkach, gdzie nic się nie dzieje. W wierszach pełno jest znudzonych, pogrążonych w beznadziei ludzi, młodzieży żądnej rozróby. W trzeciej części jest miasto z jego problemami: jednostka w bezimiennej masie, konsumpcjonizm, wielokulturowość, nieobecny, a w każdym razie bezsilny Bóg, strach, samotność, seks, nuda. W tej części znajdują się także trzy wiersze dla samotnie zmarłych w wielkich miastach. W czwartej części pojawiają się różne formy szaleństwa. Pływalnia Den Dolder jest reminiscencją pobytu Wigmana jako writer in residence w zakładzie dla psychicznie chorych. Schemat personifikuje szaleństwo: to mężczyzna, który bez planu szuka następnej ofiary, by ją opętać. A w wierszu Przezpsajebany Wigman wykorzystał ready made – autentyczny list pacjenta do dyrektora ośrodka, który jest tak śmieszny jak tragiczny. Do Syren z kolei mówi o szaleństwie artysty. Ostatnia, piąta część zbioru zawiera wiersze, które są migawkami z teraźniejszości i przeszłości: podpalenie Reichstagu, czyściciel szyb zawieszony gdzieś w przestrzeni, bunt w więzieniu. Jest tu też przepiękny wiersz o miłości. Jednak ostatni akord zbioru to Szlak wszystkich książek, profetyczny wiersz o końcu epoki książek, z pytaniem o sens własnego „wypisanego” życia, ale jednocześnie przesycony wiarą w siłę poezji.

A.P.: Wigman bywa postrzegany jako poeta kontrowersyjny? Mało kto pisze odę do członka.

B.K.: No tak, akurat tego chyba jeszcze nie było w holenderskiej poezji. Adam mi przez ramię podpowiada, że nie jest to w poezji europejskiej zjawisko odosobnione: odę do swojego członka napisał też Peter Semolič, znany poeta słoweński (Adam go tłumaczył), a Karheinz Stockhausen umieścił podobny wiersz w swoim utworze Stimmung.
Ale w kulturze niderlandzkiej kontrowersja jest współcześnie związana raczej z tematami społecznie bolesnymi, nie z cielesnością. Więc oczywiście recenzenci odnotowali ten fakt, ale nie w kategoriach kontrowersji, tylko raczej jako swego rodzaju prowokację. Jako prowokacyjne można określić również liczne zestawienia sacrum i profanum w zbiorze Wigmana. Poczynając od podwójnego motta, przez wiersze, gdzie ja liryczne jest zmęczone wszechobecnością drugiej wojny światowej w Berlinie, po utwór, w którym cytat z Biblii pojawia się w kontekście pogoni za seksem. Również w tych prowokacyjnych kontekstach, które Wigman tworzy dla wartości oczywistych i obowiązujących jeszcze w XX wieku, można dostrzec poszukiwanie wolności, chęć wyzwolenia się z różnych gorsetów nakładanych nam przez historię czy kulturę.

A.P.: Jak Wigman rozumie wolność?

B.K.: W rezultacie utraty historycznej perspektywy współczesność wypełnia legion młodych ludzi zaplątanych w świat, bezrefleksyjnie żyjących tu i teraz bez celu i sensu, rozluźniających więzy międzyludzkie w dążeniu do absolutnej wolności rozumianej jako ucieczka od siebie i brak obowiązków. Wydaje się, że tak zdiagnozowana w tomiku Na imię mi Legion pogoń za wolnością nieuchronnie prowadzi do samotności, nie tylko subiektywnie odczuwanej, ale również tej zupełnie realnej.
Naturalną konsekwencją dążenia do wolności jest u Wigmana tematyka śmierci. Śmierć oznacza ostateczne uwolnienie, chociaż nie znajdziemy w tomiku dosłownie wyrażonego pragnienia śmierci. Często stosuje Wigman przy tym ironię, jeden ze środków typowych dla literatury niderlandzkiej jako takiej. Ja liryczne nie stawia się przy tym ponad innych śmiertelników, on także uczestniczy w tych daremnych usiłowaniach. Jest myśl o losie, od którego nie można się uwolnić, o czym przekonujemy się śledząc różnego rodzaju ludzkie sposoby na uniknięcie tego, co nieuchronne: szczepienia, bezsenność jako strach przed snem postrzeganym jako „brodzenie w śmierci”.
Wigman przedstawia współczesnego człowieka w różnych jego uwikłaniach, zniewoleniach i dążeniach do osiągnięcia wolności. Dążenia te należy tu rozumieć w sensie egzystencjalnym. Człowiek jest więc więźniem własnego ciała. W społecznym ujęciu objawia się to powszechnym kultem młodości, przy czym młodość jest tyle warta, ile wart jest „towar, którym było nasze ciało”, jak pisze w wierszu Brzydcy jesteśmy. Bycie więźniem swego ciała w ujęciu indywidualnym to choroba i starość. Ukazani w wierszach ludzie starzy i chorzy są nieświadomi własnego ciała; absolutnie poddani jego bezwładności, są jednocześnie niezależni wewnętrznie, uwolnieni od siebie. Czegoś takiego zdaje się pragnąć także ja liryczne, indywidualne zniewolenie to bowiem również przysłowiowe wpatrywanie się głównie we własny pępek, co poeta bez ogródek werbalizuje w otwierającym tomik wierszu Do mojego kutasa.


Barbara Kalla (ur. 1966 w Kamiennej Górze) – niderlandystka, Kierownik Zakładu Współczesnej Literatury Niderlandzkiej i Afrikaans w Katedrze Filologii Niderlandzkiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Autorka monografii Programy romantyzmu w Niderlandach (WUWr., 2007) i Huisbeelden in de moderne Nederlandstalige poëzie (Obrazy domu we współczesnej poezji niderlandzkiej, Gent, Academia Press, 2012). Opublikowała kilkadziesiąt artykułów i współredagowała kilka zbiorów poświęconych literaturze niderlandzkiej. Ściśle współpracuje w ramach międzynarodowych sieci skupiających badaczy współczesnej literatury niderlandzkiej. Redaktor naczelna naukowej serii Lage Landen Studies (Gent, Academia Press).

Adam Pluszka – poeta, prozaik, tłumacz, redaktor, krytyk literacki i filmowy. Autor kilku tomów wierszy (m.in. z prawa z lewa, Trip, French love) oraz prozy. W 2003 roku nominowany do Paszportu „Polityki”, a za ostatnią książkę poetycką Zestaw do besztań (WBPiCAK, Poznań 2014) – do Nagrody Literackiej Gdynia oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”. Tłumaczył m.in. Stefana Themersona, Helene Deutsch, Esther Woolfson, Johnny’ego Casha, Sue Townsend i Sy Montgomery. Mieszka w Warszawie z żoną i dwiema kocicami. Redaktor prowadzący w Wydawnictwie Marginesy.