Zgoda na zatracenie. Rozmowa z Zuzanną Gawron

W języku maltańskim odbija się zarówno piętno, jak i piękno Malty, jej burzliwej historii. To jedyny tak w Europie, jak na świecie język z rodziny semickiej pisany alfabetem łacińskim. O drodze do nominowacji tomu „Czterdzieści dni” Antoine’a Cassara oraz pracy nad jego przekładem w rozmowie z Adamem Pluszką opowiada tłumaczka Zuzanna Gawron.

Tom Antoine’a Cassara „Czterdzieści dni” w przekładzie Zuzanny Gawron został nominowany do Nagrody Literackiej Miasta Gdańska „Europejski Poeta Wolności”.

Adam Pluszka: Antoine Cassar to jeden z bardziej rozpoznawalnych twórców na Malcie?

Zuzanna Gawron: Z pewnością Antoine jest jednym z bardziej aktywnych i utalentowanych  przedstawicieli młodego pokolenia współczesnej literatury maltańskiej. Poprzednie, pierwsze pokolenie pisarzy powstałej w 1964 z brytyjskich kolonii Republiki Malty, znajdowało się pod wpływem beatników, pisarzy obcojęzycznych, a także inspirowały je inne nurty kontynentalne. Stworzyło ono na przełomie lat 60. i 70. Moviment Qawmien Letterarju (MQL, Ruch dla Odrodzenia Literatury) – taką, powiedzmy, maltańską nową falę, który wyrażał między innymi potrzebę ustanowienia tożsamości, odcięcia się od kolonialnej przeszłości, pisania we własnym języku, uznanym za urzędowy dopiero w 1934 roku.

Coś jak „Maltańczycy nie gęsi”?

Tak, bo tym samym maltański niejako „wypchnął” włoski, funkcjonujący od wieków jako drugi, u boku angielskiego, oficjalny. Jeśli tylko przespacerujemy się trochę po Malcie, zobaczymy napisy na starszych kapliczkach, właśnie w języku Petrarki.

Fakt jest taki że, piękna Malta, chyba od zawsze niczym Czarna Mańka ze słynnej warszawskiej ballady ulicznej, „miłość obłędną i namiętną siała”. Ale i też „przechodziła ot tak, z rąk do rąk”. Spójrzmy tylko – zajmowali ją: Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie, Wandalowie, Berberowie, Normanowie… Lista jest długa, ale to nie koniec: Aragończycy (a więc później Habsburgowie) i wreszcie joannici (czyli słynni kawalerowie maltańscy)… I tak jak w piosence, „niejeden o nią zakrwawił się nóż”, bo atakowali ją bez mała wszyscy. Czasem bez sukcesów, tak jak Turkowie swoją dotąd niezwyciężoną armią, doprowadzając ją tym samym w 1565 do dramatycznego (i opłakanego) w skutkach Wielkiego Oblężenia. Poniosła wtedy śmierć połowa ludności cywilnej oraz wielka część równie bohaterskiej armii zakonu joannitów. Tego samego, który pod koniec XVIII wieku poddał wyspę Napoleonowi. Co z kolei wzbudziło opór mieszkańców, wywołany bardzo niekulturalnym zachowaniem Francuzów, którzy zaczęli… grabić kościoły. Wybuchła wtedy bitwa między Francuzami i Maltańczykami. Ci ostatni, po otrzymaniu wsparcia od Brytyjczyków, zdołali wreszcie pozbyć się okupantów. A może tylko zamienić ich narodowość.

Od kapitulacji Francuzów w 1800 roku, Malta została objęta brytyjskim protektoratem, a trzynaście lat później stała się kolonią brytyjską. I to na długie lata. Druga wojna światowa też jej nie ominęła – została dotkliwie zbombardowana. Naloty trwały trzy lata, do 1943 roku, w sumie 154 dni i noce. Malta mogła się bronić początkowo tylko trzema starymi dwupłatowcami, które ludność nazwała „Wiara”, „Nadzieja” i „Miłość”. „Wiarę” wciąż można podziwiać w Muzeum Wojny w Valletcie. Po wojnie Churchill wiedział, że będzie musiał pożegnać się z tym, co nazwał kiedyś swoim „niezatapialnym lotniskowcem”, za zasługi wojenne Malta miała bowiem uzyskać od Wielkiej Brytanii między innymi niepodległość. Tyle że polityka to złożony proces, pojawiły się kłótnie, w działania włączył się Kościół i to wszystko spowodowało kryzys konstytucyjny. Proces wykluwania się państwa trwał długo. W rezultacie stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1964 roku, Malta odzyskała suwerenność. Narodziła się na nowo.

Język maltański jest przedziwnym fenomenem. Niejako arabski zapisywany w sposób łaciński, w dodatku z wieloma naleciałościami.

W języku maltańskim odbija się zarówno piętno, jak i piękno Malty, jej burzliwej historii. Niczym pejzaż bajecznych klifów i zapierających dech w piersiach zachodów słońca (szczególnie na wyspie Gozo – obłędnie pięknej, „radosnej siostrze Malty”, jak by powiedział osiadły na niej polski pisarz Piotr Ibrahim Kalwas, która za okupacji francuskiej stanowiła sama w sobie niepodległe państwo), podobnie unikatowym jest jej język. To jedyny tak w Europie, jak na świecie język z rodziny semickiej pisany alfabetem łacińskim. Ucząc się już podstawowych zwrotów, łatwo zauważyć, jak wielki wpływ miały na niego kolejne historyczne zawieruchy i nieustanny kontakt, mniej lub bardziej upragniony, z różnymi narodami: osiadającymi na niej, zdobywającymi gwałtem lub pokojowo tę wyspę na środku Morza Śródziemnego, przecięciu szlaków handlowych i pielgrzymkowych. I to się w języku ewidentnie ostało. Liczebniki są bardzo podobne do dialektu tunezyjskiego arabskiego. A jeśli spojrzymy na parę podstawowych zwrotów, jak bonswa („dobry wieczór”; w czytane jak nasze ł), bonġu („dzień dobry” lub „cześć”; ġ czytane jak polskie ), grazzi („dziękuję”, z czytane jak c) i tak dalej, widać jak na dłoni szereg zapożyczeń z włoskiego, angielskiego czy francuskiego. Już teraz wiemy dlaczego.

Jak jest dziś?

Obecnie język maltański i angielski, oba urzędowe, traktowane są mniej więcej na równi. Może z tą różnicą, że z tego, co słyszałam od nich samych, niektórzy do tej pory uznają ten swój piękny język za nieco… plebejski. Myślę jednak, że jest to opinia odosobniona. Bo większość ludności, która mówi po maltańsku, buntuje się wobec takiego podejścia i krzewi z dumą swój język jako język ich tożsamości narodowej, ich ziemi. Nie zamierzają rezygnować z przywilejów wielojęzyczności, a rodzimego języka używają na co dzień: w szkole, pracy, na ulicy i w kościele. I oczywiście, w domu. A więc wszędzie. Jest prawdziwym językiem ludu. Przy czym włoski też jest rozumiany, a i po francusku z wieloma mieszkańcami można się dogadać. A już na pewno z licznymi migrantami z Maghrebu i innych krajów Czarnego Kontynentu

Stąd, myślę, naturalna była tendencja, by wraz uzyskaniem niepodległości i powstaniem Republiki Malty, Maltańczycy domagali się odrodzenia w każdej dziedzinie, odcięcia od korony. Szczególnie w sferze języka i jego ekspresji, a więc w literaturze.

Jak jest z Cassarem na tym tle?

Antoine reprezentuje oczywiście kolejne, poniepodległościowe pokolenie, które pozostaje pod wpływem MQL, ale i znajduje się zdecydowanie kilka kroków do przodu. Myślę, że sam by powiedział, że należy do grupy pisarzy, dla których punktem odniesieniem jest pisarstwo Immanuela Mifsuda albo Maria Grech Ganado, wybitnych współczesnych, starszych twórców maltańskich. Grupa ta, która nie boi się eksperymentowania z językiem samym w sobie, szuka swojego własnego głosu. Wielojęzyczność, otwartość, odwaga i bezkompromisowość w wyrażaniu myśli, rytmika, mocne, wyraźne obrazy, gry językowe. Myślę, że to tylko niektóre z cech tej najnowszej literatury i pisarstwa Antoine’a. Dodałabym   może jeszcze tylko ten u niego bardzo intymny, ale i uniwersalny przekaz, który pozwolił mu na wybicie się w dość krótkim czasie zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym.

Dlaczego zdecydowała się pani zgłosić do konkursu i przetłumaczyć właśnie Czterdzieści dni?

Kiedy zostałam zaproszona do udziału, chciałam zgłosić do konkursu Passaport, chyba najbardziej znane dzieło Antoine’a. Nie wyobrażałam sobie, aby mogło być inaczej! Niestety, okazało się, że rok wydania Passaportu był zbyt odległy, książki miały być „świeże”. Bardzo nad tym ubolewałam, bo to flagowy poemat o wolności – orędujący za światem bez granic i otwartością do bliźniego, miłością do ludzi. Jest też niełatwą refleksją o tym, wobec kogo i w jak nieludzki sposób stawiamy bariery w dzisiejszym świecie. O wpływie polityki na życie ludzi.

Autor zaproponował Czterdzieści dni i mimo że nie znałam książki, nie miałam za bardzo wyjścia. Żartuję oczywiście. Czekała mnie wielka przygoda, wielkie wyzwanie. Czterdzieści dni to książka o nietypowej – jak mi się wydawało – tematyce: przemoc domowa i wewnętrzne labirynty. Takie ciężkie tematy, to nie dla mnie, pomyślałam. Nie byłam przekonana pewnie też z powodu przywiązania do Passaportu. Ale byłam za to bardzo ciekawa. Jednak mimo że nie było łatwo i zapewniam, że wielokrotnie miałam myśli w rodzaju „ojej, nie dociągnę!”, nie żałuję, że podjęłam tę rękawicę.

Co panią przekonało do tomiku?

Może właśnie to, że książka była dla mnie tajemnicą. Myślę, że po prostu chcieliśmy spróbować, co z tego wyjdzie. To był złożony proces, wymagający od każdego z nas bardzo wiele. Po pierwsze, autor musiał najpierw sam na nowo napisać swoją książkę, czyli przetłumaczyć ją na angielski. Co jest swoją drogą bardzo powszechną praktyką u maltańskich twórców. Często przekładają oni własne utwory lub dzieła kolegów. Prawda jest taka, że mało kto, nie będąc Maltańczykiem, zna ten język. W końcu powierzchnia Malty jest nieco mniejsza od terytorium Krakowa, a po maltańsku mówi około 400 tysięcy osób, czyli o połowę mniej, niż jest krakowian. Do tego pewnie trzeba by dodać tyle samo emigrantów drugiego i trzeciego pokolenia, tworzących maltańską diasporę rozsianą po całym świecie.

I co stało się dalej?

Autor musiał zatem na nowo zmierzyć się z „demonami przeszłości”. Ja przetłumaczyłam próbkę kilku wierszy, która spotkała się z akceptacją. Przy tym wszystkim poprosiłam swoją znajomą, znakomitą korektorkę i redaktorkę, Urszulę Zielińską, o wsparcie w redakcji i korekcie językowej. Chciałam się poczuć pewniej. Tak się złożyło, że dla mnie był to trudny okres w życiu. Udało nam się jednak razem przejść przez proces adaptacji mojego tłumaczenia. Jestem pewna że – bez jej wsparcia – byłoby to niemożliwe. Ta książka okazała się po prostu zbyt trudna emocjonalnie, żeby samej ją udźwignąć. Wsparcie Urszuli było dla mnie kluczowe. Myślę, że już dziś nie jest mi niezbędna taka asysta, ale z pewnością to właśnie dzięki jej ogromnej cierpliwości, nauce i wskazówkom nie pogubiłam się w kolejnych labiryntach słów.

Na czym polegała trudność?

Myślę, że mało która książka zawiera w sobie tak intymne, bolesne i trudne przeżycia jak ta. Przynajmniej tak to czułam. Może po prostu nie można było tak… zostawić samego tego podmiotu lirycznego. Może zrobiło mi się żal tego małego, a potem coraz większego chłopca, którego na nowo powołaliśmy do życia we troje: Antoine, Urszula i ja. Z pewnością jakaś krzywda, nie tylko osobista, ale i ogólnoludzka, mocno rezonowała nie tylko na kartkach tej napisanej, a jednak jeszcze nienapisanej książki – między nami też.

Autor przekładał z maltańskiego na angielski, a ja z angielskiego na polski. Z tygodnia na tydzień książka rosła, robiła się coraz gęstsza. Odkrywałam to, o czym tak naprawdę ona jest. To było jak schodzenie kolejnymi stopniami do prywatnego piekła: wielkiej krzywdy chłopca a potem zranionego dorosłego mężczyzny z wciąż otwartą, wielką raną na sercu, zagubionego w labiryncie swoich uczuć i myśli. Czyli, powiedzmy, taka nasza polska, zwykła patologiczna codzienność…

Adaptując wiele lat wcześnie na język polski jeszcze bardziej, jak myślę, ścinającą z nóg poezję Argentynki, Alejandry Pizarnik miałam momentami podobne uczucie – zatracenia się w cudzym bólu. Nie umiem do końca tego opisać, procesu wchłaniania czy wręcz „opętania”. Kiedy jest się w tym stanie, kiedy przez chwilę zamieszkuje się cudzą duszę – albo ona twoją – w zasadzie już nic innego nie istnieje. To jest taki rodzaj zatracenia, na który trzeba się zgodzić. Trzeba go przyjąć. O tej intensywności może zaświadczyć fakt, że pewnego dnia Urszula zadzwoniła do mnie z rana, mówiąc, że nie czuje się najlepiej i że nie da rady dziś pracować. Ale to, co wychodziło z jej ust, to były… cytaty z pierwszych wierszy. Myślałam, że robi sobie jakieś żarty! Ale ona nawet nie zdawała sobie sprawę z tego, że mówi książką!

Nasze światy się poprzenikały,  problemy mentalne z tomiku stawały się czasem naszymi. Kiedy przekładałam wiersz o nieudanej próbie samobójczej, a potem robiłyśmy jego korektę, powiedziałam autorowi: „Wiesz, to nie jest tak, że my tutaj sobie tutaj piszemy o tym, jak ty się wieszasz. My się wieszamy razem z tobą”.

___

Zuzanna Gawron (ur. 1983 r.) – tłumaczka, lektorka, instruktorka teatralna. Od dzieciństwa związana z Hiszpanią. Przełożyła na język polski monologi teatralne Moisésa Mato oraz prozę poetycką Alejandry Pizarnik. Tekst ten został przeniesiony na scenę (Usuwanie Alejandry, reż. E. Gramont, 2006). Publikowała w „Ricie Baum” i fińskim „Signalu” artykuły w czasopismach oraz reportaże literackie o migracji. Teksty zostały adaptowane na potrzeby czytania performatywnego (Noc jest czarna / ciemnoskóra jest noc, reż. M. Czerwiński, 2015).

Adam Pluszka (ur. 1976) – poeta, prozaik, tłumacz, redaktor, krytyk literacki i filmowy. Autor kilku tomów wierszy oraz prozy. Za ostatni tom poetycki Zestaw do besztań (WBPiCAK, Poznań 2014) nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius”. Autor książki Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach (Gdańsk 2016).. Redaktor prowadzący w Wydawnictwie Marginesy. Maratończyk i ultramaratończyk. Mieszka w Warszawie z żoną i trzema kotami.

Zdjęcie w nagłówku: maltańskie klify, fot. Valentin Salja