It takes ten thousand hours to shine at anything.
And if we haven’t spent night after night on the Reeperbahn

cranking our act so tight it stood up all by itself and walked,
we’ve come close, but we still fall flat.

We sweat inside our Sullivan suits. The early set is hell:
each song like a crackerjack firework, jettisoning its effects

inside its white-hot flurry of minutes then cutting out.
We can hear the gap – by a bit, by a notch, by a semi-step,

by a skip in the heart we can’t fix – no matter the hours
the prayers the floral tributes the slow dispensing of oil

at its feet. It’s a rainy January night in Belfast.
I need to tell my son when I see him about the lights

of another ferry across from ours on the journey over
like we were two boats holding hands.

Dziesięciu tysięcy godzin trzeba, by w czymś się wybić.
A my, jeśli noc w noc nie harujemy na Reeperbahn,

nakręcając ten swój show tak, że sam stoi i chodzi,
to jesteśmy blisko, a i tak kończy się klapą.

Pocimy się w tych garniturach. Pierwszy set to piekło:
każda piosenka jak superfajerwerk tryska efektami

w rozgrzanej do białości chmurze minut i koniec.
Słyszymy tę lukę – odrobinę, kawałeczek, półkroczek,

łomot serca nie do zatrzymania – na nic godziny
modłów girlandy kwiatów powolne skrapianie olejkiem

u jej stóp. Jest styczniowa noc w Belfaście, pada.
Gdy zobaczę syna, muszę mu opowiedzieć o światłach

tego drugiego promu płynącego z naprzeciwka,
jakbyśmy byli dwiema łodziami, co się trzymają za ręce.