Kluczowy jest rytm. Wywiad z Bogusławą Sochańską

Bogusława Sochańska czyta wiersze Yahyi Hassana

Bogusława Sochańska czyta wiersze Yahyi Hassana

„Daję głowę, że książka Hassana nie przeminie, tak jak przemijają i znikają z pamięci zbiorowej i z historii literatury setki tomów wierszy i próz” – mówi Bogusława Sochańska, tłumaczka wierszy duńskiego poety Yahyi Hassana, nominowanego do do Nagrody Europejski Poeta Wolności. O tym, dlaczego jest to poeta szczególny, w rozmowie z Adamem Pluszką. 

 

Jak trafiłaś na wiersze Yahyi Hassana?

Nie było to trudne – gdy tom ukazał się w Danii, w mediach natychmiast pełno było o nim informacji. Mało kto wiedział, jak wymawiać imię autora, ale wszyscy mogli przeczytać fragmenty jego wierszy na stronach internetowych większości mediów. Ten tom wywołał szok w różnych grupach społecznych. Cała książka to przecież krzyk, krzyk rozpaczy i buntu, młodzieńczy w swojej bezkompromisowości, ale zarazem zadziwiająco dojrzały protest osiemnastoletniego syna palestyńskich imigrantów, który oskarża cały otaczający go świat. Pokolenie swoich rodziców – i ich samych – oskarża o okrucieństwo wobec własnych dzieci, o brak miłości, o nieprzystosowanie do życia w Danii i utrudnianie integracji dzieciom, o hipokryzję w kwestiach religijnych i obyczajowych, wreszcie o cyniczne wykorzystywanie duńskiego państwa i jego systemu opieki społecznej. Państwo oskarża z kolei o nieskuteczną politykę integracyjną i brak efektywnego systemu wspierania młodych ludzi z marginesu społecznego. Te ostatnie sprawy wyraziście wpisały się w toczącą się w Danii od dłuższego czasu debatę dotyczącą właśnie problemów z integracją imigrantów, zwłaszcza tych muzułmańskich, ba, „wpisały się” to za mało powiedziane – one ją rozpaliły do czerwoności. Z kolei środowiska tamtejszych muzułmanów pochodzących z Bliskiego Wschodu, tych zintegrowanych i tych niezintegrowanych, doznały szoku z powodu tak bezkompromisowego obnażenia przez Hassana wszystkich problemów. No i znaleźli się tacy, którzy zaczęli mu grozić śmiercią, jakiś przedstawiciel tych środowisk napadł go i poturbował, co skończyło się przyznaniem młodemu autorowi ochrony policyjnej.

Hassan jest bluźniercą?

Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie – nie do końca rozumiem znaczenie tego słowa, a może raczej nie rozumiem istoty tego, czym jest bluźnierstwo. Jeśli przyjąć, że pomstowaniem na Boga, to nie, jeśli obśmiewaniem rytuałów pielęgnowanych przez ludzi – to tak. Sam Hassan mówi – i zresztą właśnie to jest najbardziej czytelne w jego wierszach – że to nie Boga atakuje, tylko jego pełnych hipokryzji wyznawców, stosujących się do zasad religii tylko pozornie, tylko w warstwie czysto obyczajowej, a i to nie do końca.

Mówi się, że w kwestii mniejszości islamskiej Dania poniosła klęskę i że tom wierszy Hassana wyraźnie to pokazuje.

Tak, tak właśnie jest. Dyskusyjne, i to właśnie stanowi przedmiot toczącej się od dawna w Danii debaty, na ile zawiodły przyjęte przez państwo rozwiązania, a na ile winni są sami imigranci, a dokładniej ci z nich, którzy nie chcą się integrować. Sprawa jest stara jak świat i nieprosta – integrowanie się, a co za tym idzie asymilacja, grozi utratą własnej, pierwotnej tożsamości. Ludzie prości, niewykształceni często postrzegają to zagrożenie jako sprawę dla siebie kluczową i stają okoniem wobec jakichkolwiek działań zmierzających do włączenia ich w krwiobieg kultury państwa, w którym zdecydowali się żyć. Ich właśnie opisuje Hassan. Ale gdyby tylko to było tematem jego wierszy, nie byłyby aż tak godne uwagi. Rzecz w tym, że Hassan problematyzuje tę kwestię. Podmiot liryczny jego wierszy, który – jak sam podkreśla – jest z nim tożsamy, przeżywa dramatyczne rozdarcie między kulturą, z której się wywodzi, i kulturą kraju, w którym żyje. I nie ma na to rozdarcie lekarstwa.

Wiersze zaangażowane politycznie pełnią rolę wskazywania bolączek państwa?

Niewątpliwie potwierdza to szeroka i gorąca debata społeczno-polityczna, jaką nie tyle wywołała, co zaogniła książka Yahyi Hassana.

Czego dotyczy ta debata?

Tego, co może państwo. Oferuje ono uciekinierom z Azji Mniejszej trzyletni program integracyjny, który obejmuje kursy języka duńskiego i przygotowanie zawodowe. Teoretycznie po tych trzech latach imigranci powinni wejść na rynek pracy, ale robi to tylko dwanaście procent, po kolejnym roku udział ten wzrasta zaledwie o dwa procent. Na przykład w latach 2009–2013 Dania przyjęła 4200 uciekinierów z Iranu, Iraku, Syrii i Afganistanu, a po trzech latach tylko 12–14 procent pracowało, reszta pobierała zasiłki, które w tym kraju są bardzo wysokie. Ale większość imigrantów muzułmańskich w Danii to Turcy, których przyjmowano od wielu lat, dając im prawo do ściągania krewnych. Część tej grupy stosuje się do reguł religijnych i sprowadza dla młodych kobiet mężczyzn z Turcji. Ci z kolei nie pozwalają swoim urodzonym i wychowanym w Danii żonom mówić po duńsku do dzieci, dlatego część trafiających do szkół sześciolatków nie zna tego języka, co znacznie obniża poziom nauczania w pierwszych klasach szkoły podstawowej. W rezultacie z dzielnic, w których mieszka dużo muzułmanów, zaczęli się wyprowadzać Duńczycy, i tak powstawały getta. Wszystkie te sprawy wciąż na nowo wracają w debacie społecznej, to oczywiste. Głos w tej debacie zabierają nie tylko rdzenni Duńczycy, ale również potomkowie emigrantów z krajów muzułmańskich, ci znakomicie wykształceni i funkcjonujący w życiu publicznym Danii, ich liczba na szczęście rośnie. Ale książka Hassana sprowokowała jeszcze jedną debatę.

Jaką?

Dotyczy ona odpowiedzialności autora i roli, jaką utwór literacki spełnia w życiu społecznym. Wywołała ją recenzja opublikowana w szwedzkim „Aftonbladet” przez Athenę Farrokhzad, szwedzką poetkę i literaturoznawczynię o muzułmańskich korzeniach. Zarzuciła ona Hassanowi, że zrobił prezent ksenofobicznej i populistycznej Duńskiej Partii Ludowej i rosnącej liczbie jej wyborców, dając im do rąk argumenty przeciwko imigrantom sformułowane przez przedstawiciela ich społeczności. Debata ta, pierwotnie dotycząca konieczności lub nie stosowania przez pisarzy autocenzury, z czasem objęła też kwestię roli i odpowiedzialności krytyków.

Są jakieś konkluzje?

Nie ma, pozostały różnice stanowisk. Ale przebieg tej debaty bardzo mnie zaskoczył. Toczyła się przez około pół roku, od stycznia do czerwca 2014, po ukazaniu się szwedzkiego przekładu książki Hassana również w mediach szwedzkich. Tej debaty nie śledziłam, ale relacjonował ją jeden z duńskich dzienników, który zamieścił również wypowiedź dwóch młodych duńskich pisarek, a zarazem lesbijek. Kristina Nya Glaffey i Maja Lee Langvad poszerzyły dyskusję o nowy obszar: twórczość pisarzy należących do mniejszości seksualnych i jej odbiór społeczny. Maja Lee Langvad jest pochodzenia koreańskiego, gdy była dzieckiem, adoptowała ją duńska para, należy więc do dwóch różnych mniejszości. Ze strony pisarzy – i szwedzkich, i duńskich – głównie młodych i należących do różnych mniejszości, padały zarzuty pod adresem najbardziej progresywnych krytyków, którzy trochę z zasady dają kredyt twórcom poruszającym się poza powszechnie rozpoznawalnym spektrum tematów i form, często również zajmującym słabą pozycję na drabinie społecznej. Najbardziej dostało się znakomitemu Larsowi Bukdahlowi, moim zdaniem czołowemu duńskiemu krytykowi, który ma niezwykle wyczulone ucho właśnie na to, co nowe, inne i niestandardowe, i nie boi się podważania podeszłych tłuszczykiem autorytetów. Paradoksalnie, temu Bogu ducha winnemu krytykowi, całym sercem oddanemu niszowym i literacko wartościowym zjawiskom, zarzucono pięknoduchostwo, elitaryzm, a nawet szowinizm.

Dlaczego?

Bo uważa, że pisarz nie powinien ulegać autocenzurze, że prawda jest wartością nadrzędną, że bezkompromisowość daje literaturze moc oczyszczania, że wzbogaca społeczeństwo o wiedzę o alternatywnych, krytycznych spojrzeniach na rzeczywistość, na jej niedostrzegane czy wręcz skrywane aspekty. Bukdahl oczywiście przyjął debiut Hassana entuzjastycznie.

Skąd taka popularność jego debiutu? Ponad sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy to kolosalna liczba.

Zwłaszcza w Danii, która ma pięć i pół miliona mieszkańców. Spowodowała to, oczywiście, tematyka wierszy Hassana i wszystkie problemy wspomniane wcześniej. Ale trzeba pamiętać, że Duńczycy są narodem czytającym i kupującym książki, i nie dotyczy to tylko elity. Dam też głowę, że nie kupiliby tak wielkiego nakładu, gdyby wiersze Hassana nie miały znakomitych recenzji.

Czytałem, że popularność Hassana wynika ze sprytnie przeprowadzonej kampanii promocyjnej.

Rzeczywiście, kampania promocyjna rozpoczęła się jeszcze przed wydaniem książki, ale nie wiem, czy można to nazwać posunięciem sprytnym, bo cóż by to dało, gdyby książka nie była tykającą bombą, gdyby nie była wstrząsającym świadectwem życia przedstawiciela drugiego pokolenia imigrantów, który obnażył wszystkie problemy i grzechy własnego środowiska i własne, ale również państwa duńskiego i Duńczyków, wreszcie gdyby te wiersze nie miały żadnej wartości literackiej. Zresztą istotą kampanii promocyjnej były po prostu wywiady z autorem, a siła ich oddziaływania okazała się tak wielka, ponieważ autor jest osobą o równie silnej ekspresji, jak jego wiersze: jest bezkompromisowy i nie toleruje obowiązującej konwencji prowadzenia rozmowy. Na przykład, kiedy uważa pytanie za głupie, mówi to i nie udziela odpowiedzi. Hassan bywa szokujący i wali prawdę między oczy, to też było znaczącym elementem promocji książki.

Czytałem też, że odbiór jego poezji jest ciekawszy niż sama twórczość.

Jeśli ktoś tak napisał, to znaczy, że albo nie czytał książki Hassana, albo ma drewniane ucho i serce z drewna, i w ogóle brak wrażliwości na literaturę. Oczywiście, recepcja tej książki jest bardzo ciekawym zjawiskiem i pewnie stanie się – albo już jest – przedmiotem badań. Ale daję głowę, że książka Hassana nie przeminie, tak jak przemijają i znikają z pamięci zbiorowej i z historii literatury setki tomów wierszy i próz nawet autorów bardzo cenionych w różnych okresach. W tej poezji jest z jednej strony potężny ładunek gniewu, buntu, protestu i porażający obraz życia, którego autentyczność autor wielokrotnie podkreślał, a z drugiej jest w niej nowa jakość literacka, język równie porażający jak treści, które wyraża.

Jaki jest język Hassana?

Mocny, brutalny, bezkompromisowy – jest adekwatnym nośnikiem obrazu świata, który przedstawia. Nie wiem, czy Hassan będzie mógł nadal pisać takim językiem, chyba nie da się naładować armaty dwa razy tym samym materiałem wybuchowym. W każdym razie nie będzie chyba mógł pisać tak samo w kolejnej książce. Może się mylę. Ten tom odbieram jak erupcję wulkanu, która zdarza się raz na wiele lat. Dla mnie kluczowy jest w nim rytm, rytm w ogóle jest kluczowy dla poezji, to jasne, ale w wierszach Hassana pełni funkcję bardzo szczególną, niesłychanie mocno i skutecznie podkreśla i wzmacnia wyrażane treści. Hassan wspominał w wywiadach, że na pewnym etapie życia miał kontakt z klubem, w którym zetknął się z rapem i próbował nawet pisać teksty rapowe. Rytm jego wierszy nosi wyraźny tego ślad. Poza tym Hassan chętnie stosuje anafory, powtórzenia – często są to triady – co dodatkowo wzmacnia siłę wyrazu tych wierszy. Tę samą funkcję pełnią wyrażenia slangowe. Hassan inkrustuje też duńszczyznę wyrazami i wyrażeniami arabskimi.

Wszystkie wiersze napisał wielkimi literami.

Tak. Odczytuję to jako kolejny zabieg mający na celu wzmocnienie ekspresji, jeszcze jedno podkreślenie, że to krzyk.

Jest osobny w swojej dykcji, czy jakoś się wpisuje w duńską poezję współczesną?

Nie, jest absolutnie samoswój, nie miał poprzedników. Natknęłam się na wypowiedzi literaturoznawców podkreślające, że nareszcie pojawił się głos drugiego pokolenia duńskich imigrantów, nowych Duńczyków, który znacząco wzbogacił język duński.


 

wolneslowa_okladka_PL

Wywiad Adama Pluszki z Bogusławą Sochańską, tłumaczką poezji Yahyi Hassana, pochodzi z książki „Wolne słowa. Zestaw podręczny do ćwiczeń indywidualnych i zbiorowych” pod redakcją Grzegorza Jankowicza i Zofii Król, wydanej w ramach festiwalu Europejski Poeta Wolności.