Tłumacz wychyla się przez dwa okna naraz. Wywiad z Joanną Wajs

„Tłumacz poezji, dokonując każdego istotniejszego wyboru, jest trochę aptekarzem. Zawsze musi bardzo starannie zważyć straty i zyski, to znaczy wiedzieć, że gdzieś straci, ale gdzie indziej zyska. Bo że straci, to pewne” – mówi w wywiadzie z Zofią Zaleską Joanna Wajs, tłumaczka poezji Vanniego Bianconiego. 

Rekomendując książkę na gdański konkurs, pisałaś, że Bianconi to poeta małych obczyzn. Co miałaś na myśli?

Vanniego Bianconiego interesują sytuacje, w których rzeczy (i słowa) nie są już obce, lecz nie stają się jeszcze znajome. Chodzi tu o rodzaj uskoku emocjonalnego, poznawczego, językowego, jak również o stan pomiędzy wykorzenieniem ze starego a zakorzenieniem w nowym. Małymi obczyznami są w tej książce na przykład emigracja, oczekiwanie na narodziny dziecka czy choćby patrzenie, jak starzeją się rodzice. A także, oczywiście, charakterystyczne dla bohatera Bianconiego zawieszenie między krajami i kulturami. Vanni jest bowiem nie tylko autorem świetnie przyjętych tomów wierszy Ora prima oraz Il passo dell’uomo, lecz również znakomitym tłumaczem literatury anglosaskiej (między innymi W.H. Audena, Dentona Welcha czy Williama Somerseta Maughama), który z racji swojej sytuacji zawodowej, a także rodzinnej, żyje trochę w Anglii, a trochę we włoskojęzycznej Szwajcarii, gdzie kieruje festiwalem literacko-translatorskim Babel. Nie dziwi zatem fakt, że tak często ukazuje w swoich tekstach zjawisko pomieszania języków. Zwłaszcza jako źródło poetyckich możliwości.

Z tym właśnie mamy do czynienia w otwierającym książkę wierszu Kosmogonia?

Tak, niewątpliwie. Kosmogonia opowiada o anglojęzycznej kobiecie, jej córeczce, która jeszcze „nie umie mówić”, obserwującym ich więź włoskojęzycznym mężu/ojcu/poecie, a także, w pewnym sensie, o sztuce przekładu. Kobieta, zwracając się do męża po włosku, przypadkowo powołuje do życia piękny neologizm (w polskim tłumaczeniu zdecydowałam się na pożałunki). Ale nie chodzi tu jedynie o pokazanie pełnej inspirujących nieporozumień relacji na przecięciu dwóch języków. Trzecim językiem jest bowiem język dziecka. Kobieta, reagując na płacz córki, chcąc ją uspokoić, mówi mimo woli, bardziej instynktownie niż z przekonania: „I know”. A dziewczynka powtarza te słowa, wydawałoby się, że bezwiednie, ale czy na pewno? „Uderzasz się o kant i Loren, która nie umie mówić, mówi ci: »Ainóu«”. Ainóu to empatyczna reakcja każdego z nas na obcość, na tajemnicę, jaką jest inny człowiek. Mówimy „Ainóu” sobie nawzajem, chcąc, aby to była prawda; chcąc poznać i zrozumieć drugiego człowieka, który zawsze przemawia do nas znajomym, a jednak obcym językiem.

Bianconi pokazuje, że porozumienie jest trudne – jeśli nie niemożliwe – ale nie ma w tej diagnozie smutku. Czy poza tym, że czerpie inspirację z szeroko rozumianego pomieszania języków, poezja jest także szansą na spotkanie?

Poezja na pewno jest spotkaniem, choć jeśli miałabym się odnieść do perspektywy poety, a mogę tu przywołać jedynie własne doświadczenia, to sądzę, że w każdym tekście mówimy nie tylko o sobie, ale i do siebie. I co więcej, takie założenie wydaje mi się warunkiem (udanego) spotkania z czytelnikiem. Chociaż myśli się podczas pisania „ty”, to „ty” także jest nami, musi być nami (niezależnie od tego, jak zwykliśmy je sobie przedstawiać), jeżeli ów przedziwny zabieg wyrzucania na powierzchnię czegoś, co mogłoby przecież pozostać utajone, ma się powieść. Niejasną i trochę podejrzaną konstrukcją jest nakaz wyobrażania sobie „tego, kto będzie czytał”. Żadne z wyobrażonych „ty” autora nie może być przecież nikim innym jak autorem.

A co z czytelnikiem?

Czytelnik z kolei chyba nie lubi być poddawany presji. We mnie jako czytelniczce poezji pewną nieufność wzbudzałby wychylony jak przez okno autor, który starałby się odgadnąć, kim jestem i czego mi potrzeba. Wierzę szczególnie w te funkcje poezji, które pełni ona po prostu dlatego, że ludzie są do siebie dość podobni, a już szczególnie ludzie piszący i czytający wiersze.

Jest jeszcze perspektywa tłumacza…

Tak, i o niej można by powiedzieć naprawdę dużo – także dlatego że tłumacz, oczywiście nie w rozumieniu chronologicznym, jest niejako pierwszym czytelnikiem po autorze. I on bezsprzecznie musi wierzyć w spotkanie; wiara w pomyślność spotkania odgrywa w jego pracy ogromną rolę. Musi wierzyć, że wszystko da się odkodować i zakodować od nowa w drugim języku. W krótkim szkicu poświęconym poezji Vanniego (opublikowanym na stronie Biura Literackiego z okazji wydania antologii Szyby są cienkie. Szwajcarskie wiersze włoskojęzyczne w tłumaczeniach polskich poetów) napisałam parę zdań o relacji tłumacza z tekstem oryginału. Jest to więc relacja i pełna czułości, i trochę arogancka; gdyby nie one obie, przekład zapewne nie byłby możliwy. Tłumacz, inaczej niż poeta, musi niejako wychylać się przez dwa okna naraz, to znaczy wierzyć w swoje (udane) spotkanie nie tylko z tekstem oryginału, ale i z czytelnikiem (bo wbrew pozorom są to dwie różne schadzki), od którego sam spodziewa się na koniec usłyszeć „Ainóu”. Skierowane, oczywiście, do tekstu. To jest ten moment, w którym autor przekładu znika, pozostawiając czytelnika z autorem. Może sobie wtedy powiedzieć, że nie zawiódł, choć, naturalnie, pewności nie ma nigdy.

Zdarza ci się zmieniać i poprawiać własne przekłady?

Oczywiście. Trudno, by późniejsza choćby o parę lat lektura skomplikowanego, wielopoziomowego wiersza nie wywoływała żadnych refleksji, powtórnego namysłu. Identyczne odczytanie byłoby wręcz czymś smutnym, świadczyłoby o tym, że w ogóle się nie zmieniamy. Nie wydaje mi się, aby istniały przekłady skończone. Zresztą tłumacz poezji, dokonując każdego istotniejszego wyboru, jest trochę aptekarzem. Zawsze musi bardzo starannie zważyć straty i zyski, to znaczy wiedzieć, że gdzieś straci, ale gdzie indziej zyska. Bo że straci, to pewne. Ja jednak jestem za świadomą, przemyślaną utratą. I tu rodzą się pytania. Czy autor przekładu na pewno dostrzega wszystko, co straci? Czy to, co mu się wydaje, że zyska, nie jest przypadkiem czymś z niego, czego nie ma w tekście? (Można w ten sposób przyprawić się o kompulsję, o coś w rodzaju syndromu lady Makbet w wersji dla tłumaczy; zacząć obsesyjnie „myć ręce” z obawy przed przeniesieniem „swojego” do cudzego wiersza). Teksty Vanniego po raz pierwszy tłumaczyłam na Festiwal Conrada w 2011 roku (w ramach tego projektu polscy poeci przekładali poetów szwajcarskich i odwrotnie; potem w wydawnictwie Casagrande ukazał się wybór polskich wierszy w przekładach Szwajcarów, Il vetro è sottile), a gdy w roku 2015 pracowaliśmy nad antologią dla Biura Literackiego, rzeczywiście zdarzyło mi się wyrzucić do kosza jakiś swój wcześniejszy pomysł, który, jak stwierdziłam, był bardziej interpretacją niż przekładem.

Jak przebiegała tamta współpraca literacko-translatorska przed Festiwalem Conrada?

Wtedy, w 2011 roku, prowadziliśmy niekończące się dyskusje mailowe na temat możliwych odczytań naszych wierszy. Ja pracowałam na wersjach oryginalnych tekstów Vanniego, Vanni natomiast miał robocze wersje włoskie moich wierszy, które dla niego przygotowałam. Jako tłumaczka bardzo dużo się wówczas nauczyłam – właśnie dzięki jego pracy nad moimi tekstami. W tamtym czasie odkryliśmy też szczególną zbieżność naszych imion i nazwisk (Vanni i Joanna, po włosku Giovanna lub Vanna, to warianty imienia Jan, a nazwiska Bianconi i Wajs związane są etymologicznie z kolorem białym), co uznaliśmy za świetny przypis do naszego projektu. Przekład jako Doppelgänger, duch-bliźniak oryginału – spodobała nam się ta myśl. A zyskując coraz większą świadomość tego, jak ciekawe rzeczy dzieją się z naszymi tekstami w przekładzie (i obserwując niejako „nocne” życie języka w tłumaczeniach), przekonani, że tłumacz bardziej jednak niż sobowtórem jest współautorem, choćby nawet i nie chciał, zaczęliśmy w listach do siebie używać następujących form grzecznościowych: „Drogi autorze/autorko moich wierszy w języku włoskim/polskim”.

Podczas pracy nad wierszami w finale konkursu Europejski Poeta Wolności też byłaś w kontakcie z autorem?

Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej, zważywszy, jak wielowymiarowe są teksty Vanniego. On sam jest też w podziwu godny (i nieco przerażający) sposób świadomy rozmaitych poziomów swojego przekazu. Na ogół widzę (przynajmniej mam taką nadzieję) drugie dno w tym, co pisze Vanni, ale wymiana myśli na temat wiersza ujawnia niekiedy również trzecie dno i czwarte. W związku z czym czasem trzeba powiedzieć: „Wiesz, ale tego nie da się zrobić dokładnie tak a tak” i spróbować razem ustalić hierarchię ważności (znów klątwa aptekarza!): co jest niezbędne, co istotne, czy bez czegoś możemy się w polskim tekście obejść. To sytuacje wyjątkowe, ale gdy już się zdarzą, są prawdziwym wyzwaniem dla warsztatu, ambicji, spokoju ducha. Myślę, że także sytuację tłumacza dobrze opisuje znana rada, by pracować nad tym, nad czym można pracować, godzić się z tym, nad czym pracować nie można, i odróżniać jedno od drugiego. Niestety pogląd o nieprzetłumaczalności poezji, o jej nieprzetłumaczalności w ogóle, nie tylko okazjonalnej, nie wziął się znikąd. Co niewątpliwie brzmi podejrzanie w kontekście tego, czym się tutaj zajmuję. Ale może nieufność wobec własnych możliwości, świadomość własnych ograniczeń to warunek konieczny, by móc wykonywać tę pracę? Nagrodą jest oczywiście chwila, w której ni stąd, ni zowąd przychodzi ci do głowy TEN neologizm i wiesz już, że złoty znicz został jeszcze raz złapany.

I druga sprawa. Oczywiście żyjący poeta to też dla tłumacza straszny kłopot… Żartuję! Więc może inaczej. It’s a gift and a curse, jak mawia klasyk.

To znaczy?

Błogosławieństwo wiadomo dlaczego. Nie trzeba szukać tabliczki ouija ani medium, żeby skontaktować się z osobą najlepiej poinformowaną. A co do przekleństwa: na początku współpracy z Vannim, czyli mniej więcej sześć lat temu, czułam się naprawdę jak jakieś biedne dickensowskie dziecko, które nagle dostało nieograniczony kredyt w sklepie ze słodyczami: wystarczyło zadać pytanie i otrzymywałam najbardziej wyczerpującą odpowiedź, jaką można by sobie wymarzyć. Z początku byłam tym wręcz bezkrytycznie zachwycona. Aż w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kryje się w takim podejściu również zagrożenie. Zrozumiałam, że część rzeczy, jakie autor mówi o swoim tekście poza tekstem, jest właściwie przeznaczona tylko dla niego. A inna część wymaga pracy skojarzeń, olśnień – wysiłku, na który musi się zdobyć sam czytelnik. Próbując wnieść do wiersza wszystko, o czym mówi mi poeta, zaczęłabym ten wiersz już nie tłumaczyć, lecz objaśniać. Wiadomo, że nie powinno się tego robić. Wydaje się, że to takie elementarne, prawda? A jednak w sytuacji, którą opisuję, trudno oddzielić to, co się wie, od tego, co się widzi. Istnieje pokusa, której trzeba się oprzeć: chęć, by przenieść na własną kartkę papieru CAŁY ten cudownie złożony, fascynujący świat, o którym opowiedział nam poeta (a także wszystkie jego intencje). Należy pogodzić się z tym, że ostateczną instancją jest tekst oryginału, nie autor. (Autor, niestety, sam będąc tekstem o nieosiągalnym poziomie skomplikowania, ad infinitum, musi pozostać nieprzetłumaczony). Krótko mówiąc, w pewnym punkcie trzeba postawić na rozsądne samoograniczenie; tłumacz, przynajmniej w tym momencie, w którym zajmuje się tłumaczeniem, nie jest teoretykiem literatury, biografem ani interpretatorem. Egzegeci przyjdą później.


wolneslowa_okladka_PLWywiad Zofii Zaleskiej z Joanną Wajs, tłumaczką poezji Vanniego Bianconiego, pochodzi z książki„Wolne słowa. Zestaw podręczny do ćwiczeń indywidualnych i zbiorowych” pod redakcją Grzegorza Jankowicza i Zofii Król, wydanej w ramach festiwalu Europejski Poeta Wolności.